piątek, 2 grudnia 2016

Zapisać radość

Trzeba pamiętać o tym, że im więcej pośpiechu, tym mniej refleksji, czyli czegoś, co bym nazwał osobistym sposobem zdobywania wiedzy, albo świadomym kroczeniem swoją osobistą ścieżką.
      Refleksje, czy szerzej nazywając – kultura, jest tworzona dla tych, którzy mają zaspokojone podstawowe potrzeby materialne, a nie pociąga ich obłędna pogoń za następnymi gadżetami.
Oni nie czują się już niewolnikami. bowiem mają czas i nabyli umiejętność cieszenia się z rzeczy drobnych, cieszenia się chwilą.

Dlatego momenty zatrzymania są tak ważne. W takich chwilach budzi się radość i niektórym udaje się tę radość zapisać.
Dziś limeryki kulinarne.

Pewna zdolna gosposia, w Piekarach
grała fugę bachowską na garach.
Umiejętność ta miła
Zawsze doń przychodziła
Gdy już była po kilku browarach.

Radykalny weganin spod Żor
Na okrągło dla zdrowia gryzł por.
A gdy ziewał przed spaniem
Kładł stu chłopa dychaniem
- nic dziwnego, wszak nie był to Dior.

Prawybuch 5

Zbocza wulkanów zaczęła drążyć erozja. Deszcz wypłukiwał do wody bazalt, który opadał wokół ognistych wysp i tworzył osad na dnie morskim. Gromadził się tam wciąż nowy i nowy osad, aż cienka jeszcze powłoka Ziemi załamała się pod ciężarem milionów ton materiału. Wypłynęła lawa i połączyła się z tymi osadami w materiał, który miał zmienić oblicze świata.
             Powstał granit.

Był lżejszy niż bazalt, za to wyjątkowo twardy.
Z nowej skały zaczęły się formować całe płyty, które początkowo znajdowały się pod wodą, wkrótce jednak poddały się prawu wyporu i wysunęły się ponad powierzchnię wody. W ten sposób, cztery miliardy lat temu pojawiły się pierwsze wyspy pochodzenia wulkanicznego.
Ich pojawienie się zakończyło erę praoceanu.
  
    
Rozpoczął się nowy cykl erozji i narodzin lądów, który trwał miliony lat. Na bazaltowych dnach morskich zalegały warstwy osadowe o kilometrowych grubościach, lżejsze wyspy granitowe rosły i zaczynały ciągnąć za sobą ciężkie otoczenie. Wreszcie skorupa wokół wysp pękała i ląd nieodwołalnie oddzielał się od dna morskiego. Proces powtarzał się, granitowe kry rosły i rosły, aż zaczęły wchodzić sobie w drogę.
Ponieważ żadna nie ustępowała, wolno wędrujące płyty oceaniczne wgniatały je w siebie i tym sposobem utworzyły jedną olbrzymią masę lądu na wysokości równika.

Ten pierwszy superkontynent nazywał się Kenorland.

Dwa i pół miliarda lat przed naszą erą, Kenorland obejmował głównie dzisiejszą Amerykę Północną i Australię, ponadto część Afryki i odrobinę Europy.
Ten superląd był pustą, pozbawioną życia, ponurą skalną pustynią, poprzecinaną strumieniami żarzącej się magmy.
Ale w głębinach oceanu coś zaczynało się ruszać.

Cząsteczki przyciągały się, obwąchiwały wzajemnie i zawierały przyjaźnie. Wraz z pierwszym odłamkiem Kenorlandu przyrodzie przydzielono nową współpracownicę.
Ona cierpliwie czekała, dopóki nie uspokoi się najgorsze bombardowanie gruzem z kosmosu.   
     A trwała ostra strzelanina, asteroidy spadały do oceanu i na wyspy, niektóre małe, inne wielkości Majorki, albo Sycylii.
Wreszcie nieco przycichło i nowa współpracownica rozejrzała się wokół.
Nabrawszy przekonania, że nadszedł już czas na stworzenie życia, wzięła się z zapałem do pracy. Na imię jej było Ewolucja i miała w zanadrzu kilka niezmiernie ciekawych pomysłów.....


W tym miejscu kończę wpisy o pradziejach Ziemi
Wracamy z dalekiej przeszłości do wątków tegorocznych.

czwartek, 1 grudnia 2016

Prawybuch 4

Ta nowa woda pochodzi z zewnętrznych warstw, gdzie obłok sferyczny złożony z cząsteczek materii otacza cały Układ Słoneczny niczym skorupa. Podczas gdy w pierścieniu wewnętrznym szalała konkurencja, również tam, daleko od słonecznego żaru, powstały planety.
      Z ich budowy pozostało sporo gruzu, składającego się z lodu. Z tego budulca powstały komety i teraz pędzą w stronę Ziemi, uzupełniając wodę straconą przez nią w zderzeniu z Theią.
Otoczka z pary wodnej zagęszcza się na nowo, otulając planetę jak kołdra.
Im jest gęściejsza, tym mniej przepuszcza ciepła z nieustannych eksplozji.
       Planeta gotuje się w sobie.
Jej zewnętrzna powierzchnia zaczyna się topić, aż wreszcie wszystko zalewa rozżarzona, czerwona lawa. Na powierzchni mamy temperaturę 1260 stopni Celsjusza, ciśnienie powietrza wynosi sto atmosfer.
Planetę pokrywają dwa oceany. Jeden składa się z pary wodnej, a tuż pod nim drugi złożony z płynnych skał, który stopniowo wchłania parę.
Uderzające teraz odłamki skalne nie wzbogacają już otoczki w parę wodną, ponieważ lawa natychmiast je połyka.
Potem bombardowanie słabnie.

Ciężar planety zwiększył się na tyle, że nowo utworzony, wrzący płaszcz nie ulatnia się w kosmos. Ponieważ dodatkowo osłabł deszcz meteorytów, skorupa zaczęła się oziębiać i tężeć. I to wywołało nowe, dotychczas nieznane zjawisko.
Zaczęło padać.
Choć raczej trudno nazwać to deszczem.
Lało bowiem jak z cebra!

Żadna stacja telewizyjna nie odważyłaby się przedstawić takiego komunikatu meteorologicznego:
- "Proszę państwa! Pada deszcz o temperaturze powyżej trzystu stopni Celsjusza!!!"
    
Bo taka jest właśnie temperatura, w której woda pod ciśnieniem stu atmosfer podlega kondensacji.

Ten gorący deszcz padał przez całe tysiąclecia. Zdecydowanie pogoda pod psem.
Cała woda zawarta w atmosferze wylewała się na powierzchnię globu.
Półtora biliona ton.
Po pierwszej wielkiej fali opadów Ziemia ostygła, powstały chmury i …... ponownie zaczęło padać!
I znowu chmury.
I deszcz. 
Chmury – deszcz.
Dzień za dniem, rok za rokiem.
Przez miliony lat – coś niewyobrażalnego!

Trzeba powiedzieć, że w tej wodzie panował bezprzykładny ścisk cząsteczek, a powstała ona tylko dlatego, że tlenowi brakowało do szczęścia dwóch elektronów.
      Kiedy tlen przedostał się w powstałą po Wielkim Wybuchu mgławicę, znalazł dwa atomy wodoru i powstała cząsteczka o dwóch obliczach: dodatnim i ujemnym. Cząsteczka wody, której pary elektronów i protonów wykazują skłonności do przyciągania swoich przeciwieństw z innych cząsteczek wody i do budowania mostów. Takie mosty wodorowe są o wiele słabsze od połączeń między atomami jednej cząsteczki.
       Może je rozerwać wysoka temperatura. A taka była.
Tylko krótkie dotknięcie i rozdzielenie się, wiele miliardów związków na sekundę, nieustanna molekularna zmiana partnerów. Nie można tego nazwać porządkiem, jednak jakaś więź powstaje – to płynna woda.
Nie było jeszcze wtedy wartych wspomnienia gór. Ziemia z licznymi kraterami przypominała raczej Księżyc.
    Całą naszą planetę zalewała woda. 
Znad tej wody wystawały tylko najwyższe szczyty wulkanów. Deszcz wypłukiwał z atmosfery dwutlenek węgla, który wchodził w reakcję z zastygłą lawą i uwalniał z niej minerały. W ten sposób do mórz dostała się sól.
      Powstał praocean pozbawiony jakiegokolwiek życia.
Nikt nie chciałby się kąpać w tym praoceanie już tylko z tego powodu, że woda była wrząca.
     Woda tego praoceanu pochodziła z ciał niebieskich wewnętrznego pierścienia, w tym komet, przybywających z dalekiego chłodu, gdzie wiecznie panuje temperatura bezwzględnego zera minus 273 stopnie Celsjusza. 
Niezależnie od tego, gdzie powstały te cząsteczki wody, i pomimo tego, że były tak bardzo zmrożone, zagotowały się na powierzchni planety i wymieszały ze sobą.
A lało dalej.

środa, 30 listopada 2016

Prawybuch 3

Praziemia jest początkowo istnym piekłem!
Trwa nieustanne bombardowanie mniejszymi ciałami, które powodują jej nieustanny przyrost.
Praziemia otulona jest płaszczem skraplającej się pary wodnej. W stadium embrionalnym ciężar przyszłej Ziemi wynosi zaledwie jedną trzecią dzisiejszego.
     Kolejne zderzenia z innymi ciałami niebieskimi powodują wzrost masy, jest coraz więcej wody, aż wreszcie zjawia się ktoś, kto jest zbyt potężny, aby go po prostu wchłonąć.
       W Ziemię uderza Theia, asteroida wielkości Marsa.
Szczątki skorupy ziemskiej szybują w przestrzeń. Przez 24 godziny wokół planety tworzy się pierścień z gruzu, podobny do tego, jaki otacza Saturna. Potem większość odłamków spada z powrotem na młodą Ziemię i scala się z nią, zwiększając gęstość nowego świata.
To, co mogło być końcem, stało się początkiem.

Tyle mówi na temat powstania Ziemi współczesna wiedza astronomiczna.
Tak mogło być, lecz przecież nie musiało.

A może mamy jakieś wiadomości z innych źródeł niż przypuszczenia? Mamy!
Przypominam zapis z tabliczek glinianych z Sumeru, (Książka Zecharii Sitchina):

Dawno temu, przed kilkoma miliardami lat, wielka planeta zwana Tiamat krążyła wokół słońca, pomiędzy Marsem a Jupiterem.
W naszym Układzie Słonecznym, była jeszcze jedna planeta, zwana Nibiru. Była wielką planetą i poruszała się w kierunku odwrotnym od innych. Kiedy zbliżała się do planet układu słonecznego, co 3600 lat przecinała orbitę Marsa i Jupitera. Zapisywano to jako wielkie wydarzenie w naszym układzie.
      Kiedyś w kolejnym zbliżeniu Nibiru uderzyła jednym ze swych księżyców w Tiamat. Tiamat rozpadła się. Jeden kawałek, wraz ze swym największym księżycem wpadł pomiędzy Wenus i Marsa, tworząc nową planetę zwaną Ziemia.
Pozostała część Tiamat rozpadła się na milion kawałków zwanych „potłuczoną bransoletą”........

Po tej ogromnej katastrofie upływa kolejne 500 milionów lat. 


Zdeformowana galaktyka spiralna z konstelacji Hydry, odległa od Ziemi o 150 milionów lat świetlnych.

Rozżarzona kula, którą dziś zamieszkujemy, nieco stygnie i próbuje stworzyć stabilną skorupę. 
Nie ma jeszcze mowy o jakiejkolwiek fuzji cząsteczek organicznych, za to porządkują się wewnętrzne struktury.
      Na powierzchnię Ziemi wraz z asteroidami docierają pierwiastki o różnej masie. Ciężkie żelazo zgodnie z grawitacją zbiera się w jądrze, lżejsza materia formuje warstwy wokół jądra. Olbrzymie ilości gazów torują sobie drogę na zewnątrz przez rozpaloną maź: - dwutlenek węgla, azot, amoniak, metan, ale przede wszystkim para wodna.
Z głębin wszechświata dobywa się nowa woda.

wtorek, 29 listopada 2016

Prawybuch 2



Szybko” mija dziewięć miliardów lat.
Rodzą się gwiazdy, powstają galaktyki, które zaczynają się kręcić niczym kosmiczne koła. Porządek wczesnego wszechświata pozostawia sporo do życzenia, panuje tu bowiem wielki ścisk.
    
Także nasza galaktyka bierze udział w konkursie o najlepsze miejsca, zderza się z innymi galaktykami, rozpycha się, kopie, ale także dostaje łupnia. Wreszcie jedna z wielu kolejnych kolizji, prawdopodobnie wsparta eksplozją jakiejś bliskiej gwiazdy, powoduje zapaść obłoku, a w jego centrum rozpala się kolejny piec: - nasze Słońce.
     To, co nie zostaje stopione, a więc przesycony pyłem gaz, zaczyna krążyć wokół nowo narodzonego gorącego centrum. Siła odśrodkowa tej rotacji chroni gazowo-pyłową mieszankę przed wchłonięciem przez nową gwiazdę. Wydostaje się ona na zewnątrz i tworzy ogromny, płaski dysk z cząsteczek materii i lodu.
Dysk z osią.
Oś Słońca.

W solarnym, wirującym obłoku znajduje się również woda w postaci lodu. W pobliżu osi, gdzie temperatura wynosi 1200 stopni Celsjusza, nie może długo przetrwać w tej postaci. Utrzymuje się jedynie wewnątrz cząsteczek materii, z ich powierzchni natomiast wyparowuje.
To niesamowity obraz! Pierścień opasujący Słońce wiruje, barwy tego spektaklu możemy zobaczyć dzięki teleskopowi Hubble'a.

Mgławica Motyl NGC 6302 z konstelacji Skorpiona.

Raz po raz kosmiczne błyskawice przecinają wirujący pył. Materia zagęszcza się, tworząc coraz to większą bryłę. Tak powstają miliardy odłamków skalnych o rozmiarach asteroidów i wszystkie lgną ku sobie.

Gdyby trzeba było napisać pieśń miłosną wieńczącą dzieło, musiałaby ona być poświęcona grawitacji.

"Róża". Powstała po zderzeniu galaktyk

Nieustanne przyciąganie się do siebie!
Prawie milion lat po narodzinach Słońca, z pyłu znajdującego się najbliżej osi powstaje trzydzieści małych planet, krążących wokół Słońca po koncentrycznych orbitach.
      Te planety to rywale w zbyt ciasnej przestrzeni. Oczywiście one wchodzą sobie wzajemnie w drogę.
Planety wypadają ze swoich orbit, mkną ku sobie po elipsie i zderzają się z prędkością dziesięciu tysięcy kilometrów na godzinę.
Tylko największe planety są w stanie przetrwać kolizję, wchłaniając mniejsze. Dzieje się tak przez sto milionów lat, aż pierścień wewnętrzny wyznacza czterech tymczasowych zwycięzców. Na placu boju mamy czterech konkurentów rywalizujących o przyszłość, która pisana jest tylko jednemu z nich. To ma być trzecia planeta – nasza Ziemia.

poniedziałek, 28 listopada 2016

Prawybuch 1



Trzy sekundy po Wielkim Bum przestrzeń i czas ekspandują dalej a wszechświat się oziębia. 
To oziębienie jest także pojęciem względnym.
Mamy temperaturę pięciu tysięcy stopni Celsjusza, a elektrony pędzą jak szalone we wszystkie strony, jednakże na tyle wolno, aby poddać się urokowi dodatnich sił przyciągania. W efekcie pojedynczy elektron zaczyna okrążać pojedynczy proton i tak powstaje atom wodoru.
Wcześniej wszechświat był nieskończenie gęsty i homogeniczny. Teraz materia staje się przepuszczalna, światło może się rozprzestrzeniać bez przeszkód. Po raz pierwszy materia może łączyć się, tworząc trwałe struktury. Wodór tworzy obłoki, które są coraz większe i cięższe, aż wreszcie załamują się pod własnym ciężarem – powstają gwiazdy!
       Są to prawdziwe piece hutnicze, we wnętrzu których panuje tak ogromne ciśnienie, że wodór „przetapia” się w hel. Trzy takie jądra helu łączą się w węgiel. Jądro węgla przyjmuje kolejny hel i powstaje tlen. Zostają zgromadzone najważniejsze składniki wszechświata i przestrzeń kosmiczna przerzedza się.
Wraz z postępującym oziębieniem duże części kosmosu zamieniają się w pustkowia.

Space - Rozległa pustka.

W niej jest tak mało wolnych atomów, które mogłyby na siebie natrafić.
To, co mimo wszystko zdoła się połączyć, natychmiast zostaje rozdzielone przez silny ultrafiolet gwiezdnego światła.
W obłokach gazowych natomiast panuje druga skrajność: - cząstki materii są w nich tak gęsto upakowane, że nie jest w stanie przeniknąć ich ani ultrafioletowe, ani żadne inne promieniowanie.
      Dlatego obłoki są ciemne i jest tu dość chłodno.
Temperatura wynosi minus 240 stopni Celsjusza!
Jest dostatecznie zimno, aby zagęszczona materia cząsteczek wydawała na świat gwiazdy.
A nowo narodzone gwiazdy są nieobliczalne.....
Galaktyka Sombrero z gwiazdozbioru Panny

Zderzają się ze sobą nieustannie, aż ich masa nie daje się już bardziej zagęścić. Wtedy pozostaje im tylko jedno: - gwałtownie wybuchnąć!
Pod wpływem eksplozji w kosmosie rozprzestrzenia się gwiezdny gaz, wnikający również w ciężkie mgławice wodorowe, które pochodzą jeszcze z czasów Wielkiego Wybuchu.
    Mgławice wodorowe z wdzięcznością wchłaniają w siebie ciężkie pierwiastki umierających gwiazd.
W miliardach embrionalnych galaktyk wodór spotyka się z tlenem. Oba pierwiastki łączą się nieprzerwanie, aż na powierzchni zamrożonych ziarenek pyłu powstają całkiem nowe molekuły.
To woda.

piątek, 25 listopada 2016

Prawybuch

Jak długo spała Ewolucja?

Ewolucja spała trzy miliardy lat.

Być może spoglądała z zadowoleniem na swoje dzieło, na jednokomórkowce. Jednak przez tak długi czas nie zabrać się do kontynuowania eksperymentu pod tytułem życie?
      W końcu powstała złożona forma życia, czyli człowiek. Jest to jednak forma o wiele bardziej wrażliwa od jednokomórkowców. Nasza złożoność osłabia nas bowiem mentalnie i cieleśnie, kiedy na przykład temperatura podniesie się, lub obniży o kilka stopni, albo zmienią się niekorzystnie kursy giełdowe.
       Bakterie natomiast przetrwały wybuchy wulkanów i upadki meteorytów, znosiły szok termiczny i czują się u siebie, zarówno na obrzeżach gorących źródeł w dnach oceanów, jak i w Antarktyce, we wnętrzu skały i w twoim jedzeniu, Czytelniku.
W ogóle mają o wiele mniej problemów niż ludzie. W gruncie rzeczy są perfekcyjnym produktem końcowym. Mimo to Ewolucja musiała znaleźć powody, aby uruchomić proces, w którego efekcie konglomeraty komórek piszą blogi czytane przez inne konglomeraty komórek.
       Aby to lepiej zrozumieć, należy potraktować Ewolucję jako pełną pomysłów ofiarę okoliczności. Ona nie robiła tego, co jej aktualnie pasowało, nie stwarzała istot ze szczypcami i wyłupiastymi oczami, albo takich, które dobrze się czują jedynie w krawatach od Armaniego.
Wszystkie przedsięwzięcia ewolucji następowały w warunkach, które dyktowała planeta – humorzasta niczym diwa, czasem nieobliczalna, wręcz destrukcyjna.
      Wpływy klimatyczne, geologiczne i kosmiczne zawsze stawiały Ewolucję przed koniecznością określonego działania. W obliczu tego fakt, że przez trzy miliardy lat produkowała z powodzeniem jednokomórkowce, zasługuje na bezgraniczny podziw.
Młodej zwłaszcza Ziemi nie brakowało bowiem pomysłów na pozbycie się kiełkującego życia za pomocą wszelkich możliwych sztuczek.
Ale powoli....

Cofnijmy się najpierw do bardzo odległych czasów, jeszcze przed prawybuchem. Co widzisz, Czytelniku?
Słusznie! Nic nie widzisz.
        Po pierwsze primo: - Nie ma jeszcze wszechświata.
        Po drugie primo: - Ciebie także nie ma w takiej chwili.

Człowieka mierzy się nie tylko ciężarem, wysokością i objętością. Składa się on również z trwania, tak, jak każda materia. Jednak przed prawybuchem czas nie istniał, albo jeszcze się nie wykluł.
A bez czasu nie ma podróżników w czasie.
Więc kilkanaście miliardów lat temu z nicości ekspandują przestrzeń i czas, rozszerzając się gwałtownie.

Przez pierwsze trzy sekundy istnienia nowo narodzonego wszechświata, dzieje się tyle, że zdarzeniami można zapełnić grube księgi.
      My jednak zwróćmy uwagę na fakt, że czas jest pojęciem względnym, podlega różnym wpływom, na przykład grawitacja jest w stanie go rozciągnąć lub zagęścić, zakrzywić i wprowadzić go z powrotem w siebie. (Pętla czasu).
     

Mgławica Kraba.
Mgławicę zasila centralny pulsar, pozostałość po gwieździe, która eksplodowała jako supernowa i była widziana z Ziemi (Chiny) w 1054 roku.


To, czy dany proces postrzegamy jako szybki lub wolny, zależy wyłącznie od perspektywy obserwatora. Ponieważ niezależni obserwatorzy nie istnieją, musimy zadowolić się samymi sobą. Stwierdzamy więc, że w odniesieniu do ludzkiego życia, trzy miliardy lat to piekielnie długi okres. Z kolei tam, gdzie nie ma nikogo, kto by zmierzył upływ czasu, określenia „szybko”, lub „wolno” stają się zbędne. Trzy sekundy po prawybuchu, czy trzy miliardy lat – to jest nieistotne.
       Czasu bowiem nie odmierza się w jednostkach, tylko wyłącznie według ilości zdarzeń. Działanie tego efektu możemy zaobserwować na sobie. W sytuacji nudnej rodzinnej na przykład. 
      Oto przyszły teść przemawia uroczyście.
     Albo patrzymy na szczere twarze polityków i słuchamy ich odpowiedzi na jasno zadane pytania.
W takich przypadkach dziesięć minut dłuży nam się niepomiernie.
Natomiast cały wieczór spędzony na flirtowaniu mija jak z bicza strzelił.
Patrząc na to w ten sposób, trzy miliardy lat rozwoju komórek mogą być mgnieniem, trzy sekundy natomiast, w ciągu których zostały stworzone podwaliny całego wszechświata – wiecznością.
Drzemka Ewolucji, kiedy były tylko bakterie, spowodowana była więc okolicznościami.

czwartek, 24 listopada 2016

Perspektywa





Zdjęcia Tomasz J.

Patrzę na tego kozaka czerwoną główkę i myślę tak:
- Rodzimy się.
- Żyjemy (niektórzy robią to pięknie)
- Umieramy.

Znowu banał?
Nie, taka jest diagnoza z dystansu.
Z odpowiedniej perspektywy wiele rzeczy wygląda bowiem zupełnie inaczej niż z bliska. O wiele prościej.

Jest perspektywa filozoficzna:

Chmury rozejdą się same
Ustoi się zmącony staw
z całego oceanu
pozostanie łyżka przecedzonych prawd....

Jest także perspektywa kosmiczna:

Kiedyś opowiadałem ludziom o odległościach w kosmosie.
Nie było wtedy pokazów wirtualnych, należało zadziałać na wyobraźnię słuchacza.

Mówiłem: - Wyobraź sobie, że Słońce jest pestką wiśni.
Wobec tego Ziemia jest ziarnkiem maku.
To ziarnko maku – Ziemia, jest oddalone od pestki wiśni – Słońca, o 90 centymetrów.
Wyobraź sobie, że ten układ pestka - ziarnko jest tuż obok ciebie, a ty zastanawiasz się, jak daleko jest do najbliższej gwiazdy.
Otóż Proxima Centauri jest w odległości ponad dwustu kilometrów.

Te odległości można sobie wyobrazić i nabrać dzięki temu dystansu także do spraw ludzkich.
Na blogu jest prezentacja wycieczki w kosmos, dziś natomiast zapowiadam posty o czasach, kiedy czas nie istniał, czyli Prawybuchu.

Natomiast w skali krótkiej, oprócz dat już podanych dla Wig 20, mamy także datę zwrotu jutro, czyli 25 listopada.

środa, 23 listopada 2016

Wrześniowe morze

A dokładnie to Zatoka Gdańska z Wyspy Sobieszewskiej.
Po sezonie Wyspa wchodzi w letarg. Puste plaże, cisza i spokój.
Do pięknego wiersza Sztaudyngera dorobiłem w tym roku zdjęcia.

Nad znikomością i szaleństwem
spraw ludzkich zamyślony
kamyki małe zbieram
o kształtach nie wyśnionych

Leżą na brzegu morza
wśród sporu fal i piasku
Pełne są dziwnych kolorów
mnie tylko widnego blasku

Zbieram je skacząc po głazach
chyląc się w różne strony
Nad znikomością i szaleństwem
spraw ludzkich zamyślony


wtorek, 22 listopada 2016

Rozumny wędrowiec

Po wielu godzinach marszu bieszczadzkim bezludziem, spotykam piechura.
 - „Dzień dobry” - płynie w takim przypadku spontanicznie, samo z siebie. Czuje się, że obaj mamy chęć na chwilę rozmowy. 
Przystajemy.
Pada banalne pytanie: - pan skąd idzie?
- A idę stamtąd tam.
- To już niedaleko.
Otwiera mi się szufladka z anegdotami, więc nadaję coś wesołego a krótkiego. I co słyszę w zamian?
- „ Nie próbuj proszę przyjacielu zmienić mego ponurego nastroju na frywolny, ponieważ w duszy mojej kiełkuje rozeznanie tyleż prawdziwe, co zasmucające: - ludzie są wredni mianowicie.
        Druga refleksja, która mi się nasuwa po wielogodzinnym przebywaniu sam na sam ze sobą, jest taka, że kretynów uszczęśliwić można byle czym, gorzej z rozumnymi. Dla całkowitego wyjaśnienia sytuacji, informuję ciebie, że czuję się zaliczony do rozumnych. Bądź zdrów”
Po wygłoszeniu tej tyrady, nieznajomy odszedł. Czyż nie spotkałem niezwykłego człowieka?
Idę dalej i rozmyślam o tym, co usłyszałem.....

Każdy jest wrogiem?
No nie, to lekka przesada.
W każdym razie to prawda, iż sporo osób jest wrednych, ociekają wazeliną i dla korzyści osobistych są gotowi zjeść gówno.
Selekcja jest niezbędna.
Jednak żeby ją przeprowadzić, koniecznym staje się dystans, oddalenie.

Moje poczucie wolności i godności bierze się na przykład z samotności i balansowania na granicy społeczeństwa.
Uważam, że tylko w takim stanie można osiągnąć tę boską perspektywę, właśnie poprzez odpowiednie oddalenie od społeczeństwa. 
        A wtedy rzeczywiście z nutą cynizmu wolno stwierdzić, że społeczeństwo pojmowane jako bezrozumna ciemna masa, która „wszystko kupi” - czyli pozwala sobą sterować, jest wrogiem wobec wolnej jednostki.
        Człowiek rozumny żyje bowiem na własny koszt, według stworzonych przez siebie reguł. Jest więc outsiderem.

Kiedy spotykam podobnych do mnie outsiderów, z łatwością diagnozuję, że źródłem ich prawdy, ich pewności siebie, jest jakieś zadawnione cierpienie, które spowodowało iluminację.
Tak samo więc jest z pewnością ze mną.



poniedziałek, 21 listopada 2016

Łąki ponad Rabem

Początek czerwca – wycieczka na wzgórze 686 pod Chryszczatą.

Szedłem z Woli Michowej, i wracałem do Woli. Nie spotkałem nikogo. Na górze 686 przywitał mnie mój przyjaciel wiatr i przestrzeń bez ani jednego człowieka.
To był bardzo przepiękny spacer.







niedziela, 20 listopada 2016

Daty zwrotu astronomii finansowej

Daty dla Wig 20 na XI, XII oraz styczeń 2017 r.

Po 10 listopada była data 18 XI.
Potem astronomia pokazuje datę 2 oraz 17 grudnia
I wreszcie w styczniu, 17 – 19 wypada silna data zwrotu.
Tę datę styczniową mogę także ostrożniej określić, jako „okolice połowy stycznia”.

Ponieważ rynki finansowe są tylko jednym z wielu aspektów życia, nie należy zapominać o ważnej roli humoru, czyli o tym, że pan (pani) powinien być zadowolony, a życie ma płynąć „na luziczku”, zamieszczam na dobranoc delikatny limeryk.

Pan Mieczysław z Białegostoku
Wciągał na głowę gacie po zmroku
I kicał niczym zając
Marchewkę wcinając
Aż do czubków zamknęli go po roku

Kryzys ekonomiczny 2007 według Tory


Źródło: - Michael Drosnin, Kod Biblii 3.

Czyli rzecz dla części społeczeństwa „z otwartą głową”.
Czytelnicy bloga zaliczają się z pewnością do tej części.
We wszystko można wierzyć, lub nie wierzyć.
Jednak niezwykle wysokie „nieprawdopodobieństwo statystyczne” wystąpienia jakiegoś zdarzenia, jak np. jeden do miliona, powoduje, że określone zdarzenie staje się interesujące.
Jeśli dodatkowo mamy do czynienia z całym szeregiem takich Panów Przypadków, wypada przynajmniej zapoznać się z zagadnieniem.
Kilka słów przypomnienia ( o Kodzie już pisałem, posty mają tytuły Tora 1, Tora 2, itd.)

Michael Drosnin: - „O tej niesamowitej historii dowiedziałem się po rozpoczęciu wojny w Iraku. W tym czasie omawiałem prognozy dotyczące działań wojennych z szefem izraelskiego wywiadu. Przy wyjściu z budynku sztabu zatrzymał mnie młody oficer, którego znałem już wcześniej, i powiedział: -
- W Jerozolimie jest pewien matematyk, którego koniecznie powinien pan poznać. Podał nam dokładną datę wybuchu wojny w Zatoce. Odczytał to z Tory.
- Jestem niewierzący – odpowiedziałem.
- Ja też – odparł oficer – ale on odkrył kod, którym w Torze została zapisana ta data. Podał ją nam na kilka tygodni przed wybuchem wojny.
Wydawało mi się to nie do wiary, ale uczony, który ten szyfr odkrył, uznawany był za matematycznego geniusza na skalę światową!
Dowiedziałem się wówczas o istnieniu intrygującej zagadki, która nakazuje cofnąć się o 3200 lat, do czasu, gdy Bóg przemówił do Mojżesza na górze Synaj.

Eli Rips uruchomił komputer i wskazując na ekran powiedział: - „Biblia to program komputerowy”.
Słowa „Saddam Husajn” i „rakiety Scud” zostały zakodowane w tekście biblijnym wraz z datą irackiego ataku na Izrael 18 stycznia 1991 roku.
- Ile dat pan znalazł? - spytałem.
- Tylko tę jedną, trzy tygodnie przed wybuchem wojny – odpowiedział. Ale kto mógł wiedzieć przed trzema tysiącami lat, że będzie jakaś wojna w Zatoce Perskiej i że pierwsze rakiety zostaną odpalone 18 stycznia? 
 Bóg – odparł krótko Rips. To tylko pogłębiło mój sceptycyzm. Zasugerowałem Ripsowi próbę wyszukania informacji o wydarzeniach współczesnych i przyszłych, których w Biblii jeszcze nie znalazł.
No i zaczęło się!
Odnaleźliśmy wtedy połączenie słów „prezydent Kennedy” i „Dallas” oraz „Bill Clinton” i „prezydent” na sześć miesięcy przed elekcją Clintona.

Eliahu Rips, matematyk i kryptolog, pracował przy szyfrach w wojsku izraelskim. Koniec lat osiemdziesiątych i początek dziewięćdziesiątych, był okresem gwałtownego rozwoju techniki komputerowej. Rips stworzył program, w którym Tora przemówiła boskim głosem.
Wcześniej sięgali do Tory mistycy: - Nostradamus, Izaak Newton.
Newton odczytywał zakodowane informacje „na piechotę”, z ołówkiem i kartką papieru. Był zauroczony Torą. Zajmował się tym ponad 20 lat, aż do swej śmierci.


Kryzys ekonomiczny 2007 roku według Tory

Wyglądało to jak powtórka z lat trzydziestych w przyśpieszonym stylu XXI wieku.
Wielka depresja oglądana z obecnej perspektywy sprawiała wrażenie rozwijającej się w „wypoczynkowym” tempie. Teraz wszystkie złe wiadomości w oka mgnieniu obiegają glob.
       W 2008 roku amerykańska giełda utraciła już połowę wartości, wyparowało około 8 bilionów dolarów. Wiodące korporacje Stanów Zjednoczonych – General Motors, General Elecktric i Citigroup – znalazły się na krawędzi bankructwa. Bezrobocie osiągnęło rekordowy poziom i dalej wzrastało w latach 2009 i 2010.
Następne załamanie kod Biblii przewiduje w 2012 roku.
    Przekazy te odkryłem w X 2007 roku, gdy na giełdzie trwała hossa, a indeks Dow Jones osiągał ponad czternaście tysięcy punktów.
Pamiętałem, że w 1929 roku sytuacja wyglądała podobnie. Tuż przed gwałtownym krachem rynek osiąga szczyt koniunktury.
Kryzys ekonomiczny” został zakodowany w Biblii tylko raz.
W tym samym miejscu pojawia się słowo „depresja”, które również już się nigdzie nie powtarza. Prawdopodobieństwo przypadkowego wystąpienia takiej konfiguracji wynosi jeden do tysiąca.
W tej samej matrycy kodowej mamy rok „5690”, czyli 1929 we współczesnym kalendarzu rzymskokatolickim – rok głębokiego załamania, które wywołało wielką depresję lat trzydziestych. Prawdopodobieństwo takiej zależności to już trzy do miliona.
      Pierwszy szok nastąpił w połowie września 2008 roku, po czym cała amerykańska gospodarka upadła na kolana, naruszając poważnie stabilność rynków światowych. W takich okolicznościach na prezydenta wybrano Baracka Obamę.
Obejmując swój urząd, stanął on w obliczu najpoważniejszego kryzysu ekonomicznego od czasów Roosevelta.
W październiku, gdy kampania Obamy zbliżała się do zwycięskiego zakończenia, wszyscy zdawali sobie sprawę z recesji, nikt jednak nie doceniał jej głębokości i skali.
Po zaprzysiężeniu nowej głowy państwa 20 stycznia 2009 roku indeksy giełdowe straciły 5 procent wartości. Był to największy spadek notowań w dniu inauguracji prezydentury w historii kraju.
Byliśmy świadkami narastającej katastrofy o niemal biblijnych rozmiarach – czegoś w rodzaju dziesięciu plag egipskich.
Wszystko to zostało zapisane w Biblii trzy tysiące lat temu.

Po roku wielkiej recesji mówiono już o tym, że mamy ją za sobą. Prezes Rezerwy Federalnej Ben Bernanke oficjalnie ogłosił „przypuszczalny” jej koniec, co miało oznaczać początek ożywienia gospodarczego.
W X indeks Dow Jones po raz pierwszy w 2009 roku przekroczył dziesięć tysięcy punktów. Na Wall Street świętowano, jak gdyby dwanaście miesięcy wcześniej nie doszło do żadnego załamania.
18 października – w osiemdziesiątą rocznicę krachu z 1929 roku na łamach „The Wall Street Journal”, zwanego biblią kapitalizmu, znów pojawiło się niepokojące pytanie: - „Czy to powtórka z lat trzydziestych?”.
      Dlaczego to pytanie padło?
Ponieważ bezrobocie utrzymywało się na rekordowym poziomie 10%, kryzys na rynku nieruchomości, który stał się katalizatorem załamania, „nawet się pogłębił”, a co najgorsze, deficyt budżetu państwa sięgnął 1,4 biliona dolarów – najwięcej od 1945 roku.
Poprzednia taka sytuacja, w której głęboko zadłużona gospodarka usiłowała wydobyć się z zapaści, miała miejsce w latach trzydziestych – przypominał „Journal”.
Co na to kod Biblii?
Zwrot „recesja w Stanach” została zaszyfrowana równolegle z „śmierć na giełdach”, oraz „pięć lat”.
Prawdopodobieństwo wystąpienia takiej konfiguracji to jeden do dwóch milionów.
Niby żałowałem, że nie miałem komu przekazać informacji o prognozach kodu, dotyczących nadchodzącego kryzysu, Gdybym jednak zawiadomił o tym administrację prezydenta Busha, nikt by nie uwierzył w możliwość pięcioletniej recesji, ponieważ trwał właśnie szczyt hossy.
Zadzwoniłem więc tylko do mojego maklera i poleciłem, aby wszystko sprzedał.
Chyba pan oszalał – usłyszałem w odpowiedzi – mamy przecież najlepszą koniunkturę w historii”.
Po raz kolejny kod Biblii powiedział coś, czego nikt nie brał pod uwagę, i jak zwykle te prognozy miały się wkrótce sprawdzić.
Sytuacja stała się niepokojąca w poniedziałek, 15 września 2008 roku. Na giełdzie nastąpił największy spadek notowań od 11 września 2001 roku.
Tym razem przyczynę stanowił nie atak terrorystyczny, lecz upadek Lehman Brothers – jednej z pięciu największych firm inwestycyjnych na Wall Street.
      To zdarzenie pogłębiło kryzys.
Bankructwo, do którego doszło w niedzielę w nocy, wywołało reakcję łańcuchową upadłości, a w jej wyniku nie ostało się żadne z tych pięciu wielkich przedsiębiorstw.
The Wall Street Journal” napisał:
W TEN WEEKEND GIEŁDA ZAMARŁA”.

Ta sama data – 15 elul według kalendarza biblijnego – pojawia się w kodzie wraz ze słowami: - „depresje”, „w każdym kraju”, „koniec pieniądza”.
     Tekst sprzed trzech tysięcy lat dokładnie opisuje niedawne wydarzenia.
Żadna gazeta, ani żaden kanał TV nie brały pod uwagę możliwości upadku z dnia na dzień potężnej firmy inwestycyjnej, oraz serii bankructw, która później nastąpiła.
Fakt ten został jednak zaszyfrowany w Biblii przed tysiącami lat.
       Jak to możliwe?
1 grudnia 2008 roku oficjalnie przyznano, ze Stany Zjednoczone znajdują się w recesji od roku, czyli od grudnia 2007.
(Przecież każdy to mógł zobaczyć w wykresach indeksów. Ale widocznie lemingi musiały to usłyszeć...)
Z przerażeniem zauważyłem, że potwierdza się wszystko, co wyczytaliśmy wcześniej w kodzie Biblii.
(Jestem wolnym człowiekiem, a więc nic mnie nie powstrzymuje, aby pytać: - „Z przerażeniem?” Drosnin pisząc te słowa ma za sobą 10 lat bycia z kodem. Setki, o ile nie tysiące razy stwierdził, że: - TO DZIAŁA!!!!
W przypadku rynków finansowych dostęp do informacji jest szczególnie cenny – można grać na spadki.
A więc celniejszym słowem byłoby: - „z zadowoleniem”).

Lecz przecież mogę się także mylić w przypadku autora Kodu Biblii 3 – jego intencje są szczere. Rozsądź to Czytelniku sam).

Tego samego dnia wysłałem do kandydata na sekretarza skarbu Timothy'ego Geithnera list z informacją, że kod ostrzega „przed początkiem głębokiej recesji mogącej potrwać co najmniej cztery lata – do roku 2012 – a więc przez całą pierwszą kadencję Obamy.
Nie twierdziłem, że znam proste wyjście z tej sytuacji, nie oferowałem też żadnego wsparcia bez pokrycia.
Jeśli istnieje rozwiązanie – pisałem – to być może również zostało zaszyfrowane. Ale kod Biblii nie jest szklaną kulą, możemy znaleźć odpowiedzi tylko na te pytania, które potrafimy zadać.
Czyli najpierw musimy je sformułować.
Geithner nigdy nie odpowiedział.

Dwie godziny po tym, jak wysłałem ten list, „The Wall Street Journal” doniósł: „Dow Jones spadł o sześćset osiemdziesiąt punktów, narasta przekonanie o długotrwałym światowym zastoju gospodarczym”.
Wreszcie 10 lutego Geithner przedstawił wyczekiwany z niepokojem plan stabilizacji rynków kredytowych i ratowania banków kosztem dwu i pół biliona dolarów pochodzących z budżetu państwa i ze źródeł prywatnych.
Ceny akcji spadły natychmiast o 382 punkty, do stanu najgorszego od dnia zaprzysiężenia Obamy. W ciągu zaledwie czterech dni, które pozostały do końca tygodnia, indeksy straciły kolejne pięć procent.
Mimo, ze rząd federalny setkami miliardów, a nawet bilionami dolarów wspierał upadające banki, korporacje i rynki hipoteczne, to cała amerykańska gospodarka nadal toczyła się ku przepaści.

Było jasne, ze będziemy musieli podnieść nasz system ekonomiczny z totalnej ruiny.
W szczytowej fazie kampanii wyborczej, 16 września – dzień po „śmierci giełdy na Wall Street” - Obama powiedział: - ”To, co widzieliśmy w ostatnich dniach, to nic innego, jak ostateczny wyrok na koncepcję ekonomiczną, która kompletnie zawiodła”.
Chodziło oczywiście o republikańską filozofię wolnego rynku, usprawiedliwiającą brak regulacji działania giełdy, oraz politykę podatkową, zapewniającą dalszy wzrost fortun jednego procenta najbogatszych Amerykanów, którzy skupili już w swoich rękach ponad połowę majątku narodowego.
Dwa tygodnie po zaprzysiężeniu, walcząc z Kongresem o pieniądze na rozruch upadającej gospodarki, Obama powiedział: - „Teraz już dla każdego jest jasne, że odziedziczyliśmy kryzys ekonomiczny tak głęboki i ostry, jak wielka depresja”.

Najgorsze, że nikt nie wiedział, co robić – które branże ratować, a którym pozwolić umierać, jak skłonić banki do pożyczania pieniędzy firmom nie mającym już środków na wypłaty i zwalniającym setki tysięcy ludzi.
W piątek, 13 lutego 2009 roku, Kongres zatwierdził wreszcie pakiet stymulacyjny Obamy o wartości 787 miliardów dolarów. I to również zostało przepowiedziane.
Nazwisko „Obama” jest zaszyfrowane razem z „programem ratunkowym” i „recesją”. Kod sugeruje, że nowy prezydent będzie próbował przezwyciężyć paraliż ekonomiczny za pomocą wydatków rządowych.
Pod koniec lutego 2009 roku Obama przedstawił Kongresowi radykalny projekt budżetu wynoszącego 3,6 biliona dolarów, by zneutralizować skutki trzydziestu lat konserwatywnej polityki gospodarczej, zapoczątkowanej przez Ronalda Reagana, i powrócić do koncepcji Nowego Ładu Franklina Roosvelta.
Następnego dnia giełda spadła do poziomu najniższego od dwunastu lat, nieco powyżej siedmiu tysięcy punktów, co stanowiło połowę najwyższej wartości z roku 2007, w którym kod już przewidywał kryzys.

(W Polsce dołek był 18 lutego. Policzyłem go i wiadomość o końcu spadków nieopacznie puściłem w świat.
Zachód spada dalej przez dwa tygodnie, a polska giełda nie. Ale jak długo tak może być? Wygląda na to, że się pomyliłem. To małe piwo, gorzej że ludzi zawiodłem. Jednak dołek nie puścił! Ufff!
    Zapamiętałem dobrze stres związany z podaniem prognozowanej daty, jako definitywnego końca spadków lub wzrostów. Teraz wolę pisać, czy mówić: to wygląda na znaczący zwrot.)


Uzdrawianie Ameryki za pomocą przywracania ekonomicznej normalności okazało się niełatwym zadaniem.
To, co dobre dla General Motors, jest dobre dla całego kraju”.
Oto słynne hasło z lat pięćdziesiątych.
I ta legenda amerykańskiego przemysłu na naszych oczach stała się bezwartościowym balastem.

1 czerwca 2009 roku General Motors – ikona korporacyjnej Ameryki – ogłosił bankructwo. Firma o ponad stuletniej tradycji, największy producent pojazdów w Stanach, popadła w zadłużenie rzędu stu miliardów dolarów. Aby ratować całą gałąź przemysłu, rząd musiał wykupić sześćdziesiąt procent akcji GM za ponad pięćdziesiąt miliardów dolarów pochodzących z pieniędzy podatników.
         Innymi słowy nacjonalizacja.

Nacjonalizacja GM” znajduje się w kodzie biblijnym wraz z wyrażeniem „dług w kryzysie finansowym” oraz rokiem 2009.

Stało się coś niewyobrażalnego.
I nie było to pierwsze zaskoczenie. Załamał się cały system finansowy, co zmusiło Obamę do ratowania kapitalizmu przez przejęcie nad nim kontroli.
Biały Dom natychmiast zaczął dementować pogłoski o planowanej nacjonalizacji banków. Kod Biblii przewiduje jednak takie zdarzenia i to w nieodległej przyszłości.
Zakodowane słowo „banki” krzyżuje się z „nacjonalizacja”.
Nikt nie nazywał tego upaństwowieniem, ale zgodnie z przewidywaniami, w pierwszym tygodniu maja 2009 roku specjalistyczne badania pokazały, że ponad połowa największych amerykańskich banków nie przetrwa bez wielomiliardowych zastrzyków gotówki.
Trzy czołowe banki nie potrafiły znaleźć niezbędnych rezerw, a największy bank światowy – Citigroup – sprzedał jedną trzecią swoich akcji rządowi federalnemu.
Inaczej mówiąc: - nacjonalizacja.

Przejęcie przez rząd kontroli nad dwoma największymi korporacyjnymi gigantami – General Motors i Citigroup – radykalnie zmieniło amerykańską gospodarkę.
    Podatnicy byli już właścicielami AIG – największej na świecie firmy ubezpieczeniowej – oraz dwóch najpotężniejszych przedsiębiorstw udzielających kredytów hipotecznych, co oznacza właściwie upaństwowienie całego systemu finansowego.
         Korporacja Ameryka.
To była ostatnia deska ratunku.
Wszystko działo się błyskawicznie, a przewidywania kodu biblijnego spełniały się w trakcie pisania tej książki.
Amerykański Departament Skarbu był w stanie powstrzymać ostateczny upadek gospodarki tylko jednym sposobem – Wytwórnia Papierów Wartościowych pracowała w nadgodzinach, drukując pieniądze niemające żadnego pokrycia, tylko zwiększające dług.
Lęk zamienił się we wściekłość. Dlaczego nikogo nie ukarano? Dlaczego użyto pieniędzy podatników na miliardowe premie dla dyrektorów banków, którzy doprowadzili gospodarkę do ruiny?

Wall Street wypuściło bezwartościowe papiery.
The Washington Post” nazwał to później „zwariowanym, dzikim pędem do funkcjonowania na kredyt, za nienależne pieniądze, który załamał światowe rynki finansowe, a rząd zmusił do największej w historii interwencji ratunkowej”.
      Typowym przedstawicielem tego kryminalnego obłędu był człowiek uważany przez wszystkich za wspaniałego inwestora i zaliczany do filarów społeczności finansistów – Bernard Madoff – bezwstydny oszust i złodziej, który zdołał ukraść sześćdziesiąt miliardów dolarów dzięki wykorzystaniu mechanizmu sprzedaży lawinowej.
Jego nazwisko zostało zakodowane w Biblii, razem ze słowami „oszust” i „wyróżnił się”. I na tym polegała istota skandalu.
Wyróżnił się” oznacza w tym przypadku – przebrał wszelką miarę – w odróżnieniu od reszty nigdy nie ściganych przestępców z branży inwestycyjnej.

( I tu się Drosnin zagalopował, przemilczając prawidła inwestowania w tak zwane „krótkie pozycje”, czyli grę na spadek kursu.
Zasada jest prosta: - co dozwolone, to nie zabronione.
Bernard Madoff otwierał „krótkie pozycje” zgodnie z prawem.
Gramy bowiem – mam na myśli kontrakty terminowe, CFD, a także akcje, przewidując zwyżkę, albo spadek kursów. Odbywa się to, zgodnie z prawem, za pożyczone pieniądze. Inwestor musi mieć pokrycie jedynie na nikły procent wartości derywatu. To się nazywa dźwignią finansową, albo lewarem finansowym.
Rzucenie na rynek wystarczających pieniędzy w shortach zawsze wywołuje ruch w dół w notowaniach. A wiemy, że lawinę wywołuje kamyczek.....
Inwestorzy, którzy byli na rynku w omawianym czasie, pamiętają wprowadzone wtedy zakazy dotyczące otwierania „krótkich pozycji”.
Nazwisko Bernarda Madoffa ukazało się więc na polityczne zamówienie - trzeba było bowiem znaleźć kozła ofiarnego.
Lepiej przecież poświęcić jedną ofiarę niż pokazać cały mechanizm – czyli prawdę.
Prawda ma być ukryta, a nagłośniona Ściema.
Ciemny naród” i tak wszystko kupi.
Jak widać, każda polityka, także światowa, opiera się na dezinformacji, przemilczaniu i niestety na grzebaniu w trupach).

Rok po wdrożeniu państwowego programu ratunkowego, największy bank inwestycyjny, któremu udało się przetrwać – Goldman Sachs – został pozwany przez rząd za przestępstwa finansowe.
Amerykańska Komisja Papierów Wartościowych i Giełd stwierdziła, że Goldman wypuścił papiery wartościowe oparte na kredytach hipotecznych, ponieważ przewidywał spadek ich wartości. Sprzedał ich za miliardy swoim klientom, choć jednocześnie działał przeciwko nim.
     To nie była strategia zabezpieczająca przed wahaniami cen. Goldman wybrał najgorsze kredyty hipoteczne i świadomy ich słabości nadał im najwyższą rentowność w rankingu.
Oferował je jako solidną inwestycję i zarobił ogromne pieniądze, licząc na spadek ich wartości.
Goldman Sachs” występuje w kodzie Biblii razem ze słowami „oszuści” i „kryzys finansowy”.
      W odróżnieniu od Madoffa, Goldman Sachs przyczynił się bezpośrednio do światowego kryzysu ekonomicznego.
Przerażające jest to, że z tej właśnie firmy wywodzi się wielu czołowych doradców Obamy.
Większość Amerykanów nabrała przekonania, że rząd zatroszczył się o swoich kumpli z Wall Street, obciążając kosztami resztę społeczeństwa.
     W całej Ameryce, a właściwie na całym świecie, ludzie tracili domy, pracę i emerytury. Tylko w Stanach piętnaście milionów obywateli zostało bez pracy. W innych krajach wskaźniki zatrudnienia spadły do najniższego poziomu po drugiej wojnie światowej.
To samo działo się w Europie, a agencja Standard & Poor's ogłosiła, że Wielka Brytania może utracić najwyższą wiarygodność kredytową.
Kryzys ekonomiczny ogarnął cały świat.
(Niemal na każdej stronie książki, Michael Drosnin zamieszcza wybrane urywki z Tory z zaznaczonymi frazami).

Nawet Roosevelt nie był w stanie odwrócić negatywnych trendów w gospodarce w ciągu jednej kadencji.
Dały się słyszeć także głosy pełne pesymizmu.
Paul Krugman, noblista, pisał na łamach „New York Timesa”: - „Sprawy mają się coraz gorzej. Można jedynie powiedzieć, że sytuacja pogarsza się trochę wolniej. Nawet w okresie Wielkiej Recesji nie wszystko szło prosto w dół. Obecnie nie wygląda to ciekawie. Nadeszła dla nas chwila prawdy”.
Mnie najbardziej przerażały nie kwestie ekonomiczne – pisze Drosnin – ale koszmar, który załamanie gospodarcze mogłoby spowodować – nie druga wielka depresja, lecz trzecia wojna światowa.


Drugą wojnę wywołał Głęboki Kryzys Gospodarczy, w świecie, który i tak jest niebezpieczny, kolejna pokaźna depresja może stworzyć chaos, a w konsekwencji stać się przyczyną trzeciej wojny.
W tej sytuacji atak terrorystyczny z użyciem broni jądrowej mógłby nas cofnąć do epoki handlu wymiennego.
   
Nawet ktoś tak znany jak inwestor Warren Buffett, przyznaje: - „Terroryzm nuklearny jest niestety nieunikniony”.
W kwietniu 2010 roku „Newsweek” ogłaszał: Ameryka powraca!
Bezrobocie wciąż było jednak bliskie dziesięciu procent, czwarta część domów nadal „tonęła” w zadłużeniu większym od ich realnej wartości, a deficyt budżetowy wymykał się spod kontroli.
Oceniano, że do 2020 roku dług narodowy osiągnie 90% produktu krajowego brutto.
W Europie było jeszcze gorzej.
Grecja zbankrutowała, a jej długi uznano za obligacje śmieciowe. Hiszpania oraz Portugalia podupadły. Ten sam kierunek obrały Włochy, a dług Wielkiej Brytanii ustępował jedynie Grecji.
Mimo to Dow Jones przekroczył jedenaście tysięcy punktów i wszyscy na Wall Street wiwatowali.
     I wtedy w czwartek, 6 maja 2010 roku Dow Jones spadł nagle w ciągu pięciu minut o prawie tysiąc punktów. Szok trwał wprawdzie bardzo krótko, ujawnił jednak wady w systemie rynkowym i ponownie nim wstrząsnął.
Czy na tym zabawa się skończyła?