poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Epitafium dla Jana Gabriela.

Nie miałem nigdy pomysłu, aby się spowiadać z własnej nieprzymuszonej woli.
Po raz pierwszy i ostatni klęczałem przed księdzem, z „okazji” komunii.
Zrobiłem to dla matki.
        Potem dorosłem..... owszem, były jakieś chrzty i inne uroczystości.
Kiedy jednak stałem w tłumie i słuchałem kazania, wygłaszanego z wystudiowaną egzaltacją, z użyciem archaicznych słów, z tym palcem księdza podnoszonym do góry......, łamiąc głowę nad sensem przekazu......
      Coś, co było dobre dwa tysiące lat temu, nie może być dobre dziś, chyba nie może?
Czarni! Zatrzymaliście naród w rozwoju! 
Ale .... im właśnie o to chodzi.... 
      Więc słuchałem i zaczynał mnie krzyż boleć, - musiałem wychodzić.
Tym bardziej, że nie podobało mi się także namawianie do 
- wampiryzmu (napij się krwi mojej)
- i kanibalizmu (zjedz ciało moje).
Jeden wyjątek kiedy dobrze się czułem: - to były pasterki w drewnianym kościółku w Zakopanem. Konkretnie u Sióstr na Kalatówkach. W tym miejscu czułem się radośnie.

Jako że podobne przyciąga podobne – poznałem Jana z Ciężkowic.
Jan odszedł niedawno.
Znaczy umarł.
Nie było „uroczystości” kościelnych.
W ogóle nie było pogrzebu w tradycyjnym rozumieniu.
Jan zapisał swoje ciało Akademii Medycznej.
Niektórym znajomym trudno to przełknąć.

Chwilę zastanawiałem się co napisać w Epitafium dla tak nieprzeciętnego człowieka, który pomógł wielu ludziom. I znalazłem w archiwum niepublikowany tekst o Janie, sprzed kilku lat.;

  • Nigdy nie miałem zaciachów ( nie znajduję odpowiedniejszego słowa) apostolskich.
    Lubię zjeść i wypić lubię i takie też lubię. Takie tam nawet bardzo lubię.
Nie miałem nigdy takich ciągot (bez urazy) jak Jan Gabriel, czy Teresa Neumann.
Żeby osiągnąć coś tak nieludzkiego, że aż boskiego.
Jeśli miałbym przed kimś uklęknąć, to byłyby to tylko dwie, może trzy osoby. 
I wśród nich byłby Jan. 
Jest w tej postaci asceza przez duże A. Czyli Skromność i Wielkość jednocześnie.
        Patrzę, obserwuję Jana.
On jest pogodny. 
Ba, często radosny wręcz. Ale też impulsywny – nieraz się starliśmy.
       Znaczy żywy człowiek, a nie jakieś ciepłe kluchy.
Bretharianin.
Przywykł już do swej Drogi.
Jedzenie mu wisi, gdy patrzy na jedzących, pewnie czuje tylko budzące się wspomnienia.
Kiedyś, gdy poznałem Jana, uważałem, że on zazdrości tym, którzy jedzą. Teraz wiem, że się myliłem, a niejedzenie jest możliwe.
            I czuję się przy Janie, jak mały grzesznik.
Ale tak miło być małym grzesznikiem.....
Podobno Stwórca takich małych grzeszników szczególnie ceni.
      Jana żywi Kosmos. 
Podziwiam Kosmos. 
I Jana podziwiam.
Faktycznie ten facet jest pełen energii, dużo pracuje – przeważnie działa w drewnie. Pomaga ludziom fizycznie i wspiera psychicznie. Dostaje teksty od sił wyższych (Pismo automatyczne).
       Widzi dusze błądzące. Leczy osobiście i na odległość też.
Egzystuje na dwóch, czasami trzech szklankach płynu dziennie. Może być woda. I emanuje energią.
Pobyt w Domu na Górze odbieram jak Kamienne Kręgi w Odrach w przesileniu. Z pewnością ma w tym swój udział partnerka Jana – Bożenka.
Patrzę na Jana i wiem, że są na niebie i na ziemi sprawy niepojęte, jak mówi Pismo Święte.






To był tekst sprzed lat.
         A Tu i Teraz stoję na łące za Domem na Górze.
Łąka – znaczy pole, widok na górę z lasem ciemnym, bo nieoświetlonym. Przed lasem zagajnik brzozowy. Młode brzózki. Listowie na nich jak w kwietniu – młode listki. Zieloność wiosenna.
Cisza.
Przy ziemi wiatr ucichł. 
Cykam zdjęcia co trzy sekundy - niby na każdym widać ten sam lasek, jednak wiatr w górze robi swoje i każde zdjęcie jest odrobinę inne.






Jeszcze kilka godzin temu na monumentalnym cmentarzu wojennym z pierwszej wojny, numer czterysta ileś tam, wiało sakramencko.
A tu kompletna cisza.
          Po niebie w majestacie, znaczy niespiesznie, wędrują nieliczne niebieskie okna.
Jest ciekawe światło, takie, jakie lubię.
Przez te niebieskie okna padają snopy promieni słonecznych na skrawki terenu. Czuję się jak w Boskim Teatrze
Oświetlenie wędruje po ziemi, pokazując coraz to inne szczegóły.
Fotografuję i odnoszę wrażenie, że to Jan w tym Centralnym Teatrze steruje reflektorem słonecznym.

Ciężkowice świąteczne











sobota, 22 kwietnia 2017

Słowo na niedzielę - Milczenie

Na początku 2017 roku wyświetlano w Polsce film Martina Scorsese – „Milczenie”.
Reżyser wychowany w katolickiej rodzinie, zadaje podobno ważne pytania dotyczące chrześcijaństwa. Rzecz dzieje się w XVI wiecznej Japonii, gdzie wyznawcy Jezusa są bez powodu prześladowani, torturowani i mordowani.
Można podejrzewać, że film nakręcono na zamówienie Watykanu (premiera listopad 2016) , bowiem fakty wyglądają następująco:

W 1549 r. do Japonii przybyli pierwsi chrześcijańscy misjonarze. W ciągu następnych 60 lat misja „nawróciła” na swoją wiarę ponad 300 tys. Japończyków. Jednak kapłani przysporzyli sobie także wielu wrogów, którzy nie wahali się skazywać ich na cierpienia i śmierć.        
Powodem był brak poszanowania zasad - nachalne nachodzenie ludzi w domach, pogarda dla buddyzmu, manipulowanie, czy wręcz sterowanie ludźmi.
W końcu władze wydały dekret:
1. Japonia jest krajem kami (kami no kuni). Należy odrzucić propagowanie szkodliwych nauk z krajów kirishitan (termin używany w odniesieniu do katolików w Japonii w XVI i XVII wieku)

2. Nie do przyjęcia jest nachodzenie ludzi w naszych prowincjach i namawianie ich do niszczenia sanktuariów shint i buddyjskich świątyń. (...)

3. Władze centralne uważają, że ponieważ bateren potrafią kierować parafianami według własnej woli, przy pomocy swej przebiegłej doktryny, doprowadzili do pogwałcenia prawa w Kraju Słońca [Japonii]. Jako że taka praktyka jest nie do przyjęcia, bateren nie będą mogli pozostać na japońskiej ziemi i w ciągu dwudziestu dni muszą przygotować się do powrotu do swojego kraju. (…)


Komentarze:



Nie żadne "nawrócili na swoją wiarę", tylko wpieprzyli się z buciorami bez zaproszenia do czyjegoś domu. Gdyby Japończycy byli miękkimi naiwniakami skończyliby jak dziesiątki kiedyś potężnych i dumnych cywilizacji Ameryki Południowej i Afryki - w roli niewolników, żebraków, w najlepszym razie biedaków. A tak Japonia zachowała swoją odrębność i wyjątkowość, a zapóźnienie cywilizacyjne sumiennie nadrobiła w XX wieku i dziś jest jednym z najlepiej zorganizowanych i najbezpieczniejszych krajów. I, o dziwo, bez " zbawiennego wpływu" jedynie słusznej katolickiej nauki i moralności.



popijajac_piwo
"W 1549 r. do Japonii przybyli pierwsi chrześcijańscy misjonarze."

Gdyby tylko mogli, to już by na księżycu byli...




  • 3krzak
A teraz porownajmy jak rozwinieta jest Japonia, a jak Polska. Mozna byc dojsc do wniosku ze Japonczycy obronili swoj kraj.



  • sir_fred
Zaprawdę, słuszne to i sprawiedliwe. Gdyby tylko wszystkie państwa tak postępowały z watykańskimi kolonizatorami...

---------------------------------------------------------------------------------------
Na koniec przypominam anegdotę, którą lubię nad wyraz.

Młody ksiądz w zapale niedzielnego kazania, gromkim głosem grzmi z ambony:
Zaprawdę powiadam wam: - jeśli błądzicie, nawróćcie się!
Potem już ciszej dodaje: - muszę się pochwalić, że mam względem nawracania spore zasługi.
Otóż lubię stanąć w niedzielne popołudnie w rynku tuż obok naszej miejscowej knajpy i czekam aż drzwi się otworzą i wyjdzie jakiś mój parafianin w stanie wskazującym.
Podnoszę wtedy palec do góry wskazując niebo i wołam: - Nawróć się!!
I o dziwo wszyscy nawracają.....


Ciężkowice witają

Jadę do Ciężkowic, tym razem prosto z Krakowa, przez Zakliczyn, z pominięciem Tarnowa. Przed Zakliczynem okolice robią się całkiem bieszczadzkie – góry podobne, tylko dużo więcej kwitnących drzew: tarnina, śliwki, czereśnie i inne, bardzo to malowniczo wygląda (pokażę, pokażę) oraz różnica również w ilości siedzib człowieczych.
           Lubię Ciężkowice.
I już idzie się skrajem drogi w cudownej samotności, niosąc w sobie błogostan.
Ptaki śpiewają, kwitnące drzewa pachną, jest ciepło oraz bardzo przyjemnie.
      Idzie się lekko pod górę (Z dołu do Domu na Górze będzie przewyższenie ok. 200 metrów, ale to jest rozłożone na dłuższym odcinku).
Pierwszy szczyt i dobrze znana kapliczka.

Na zdjęciu Michał.

Michał jest w moim wieku, wcale nie musi w ten tradycyjny i coraz rzadszy już sposób dźwigać wodę, w domu ma ją w kranie, ale jak mówi, robi to dla sportu, oraz z powodu że lubi: - „bo wtedy krew lepiej krąży”.
       Michał pracował przez 8 lat (lata siedemdziesiąte) przy zwózce końmi dłużyc w Bieszczadach - Kalnica i Wetlina.
Zaoszczędził przez ten czas na pół domu. Czyli można było nie przepić i zaoszczędzić.
Pozdrawiam moich Przyjaciół w Ciężkowicach.







piątek, 21 kwietnia 2017

Kwitną magnolie na Wawelu

Wszystko stwarzam myślą, wszystko stwarzam szczerym „chceniem”, albo Intencją.
       Przyjmuję do wiadomości, że to, co mam, jest dokładnie tym, czego pragnę. 
(Nawet jeśli to boli, bo nieopatrznie można stwarzać na własne życzenie również całe pokłady cierpienia).

Idzie się niespiesznie, bo ma się czas i już widać Wawel.
Lubię Wawel.
Ach! Jak tu kolorowo! Hiacynty pachną. 
Jak cudnie wyglądają drzewa magnolii stojące akurat w pełni kwitnienia!

I w tej siedzibie królów, w niepowtarzalnej, bezczasowej chwili Tu i Teraz, następuje prawdziwa fotograficzna uczta: - to się nazywa być jednocześnie w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie.















Przedświąteczny Kraków


Idzie się.
Idzie się w stronę rynku.
Pogoda – czysty błękit.
         

Ogólnie czuję się lekko: pospałem w autobusie - ciało wypoczęte, lekkie, dusza lekka, a na plecach skrzydła!
Jestem zadowolony, dostałem bowiem od życia (Losu, Anioła, od siebie?) szansę, aby być kim chcę, oraz zdrowie i wolny czas, całe oceany wolnego czasu!
Dostałem również umiejętność cieszenia się byle czym. Czego życzę także czytelnikom.

Jan Sztaudynger napisał, że chciałby mieć następujący napis na nagrobku: „Tu leży byle kto, bo cieszył się byle czym”

Idę i myślę (bo mam czas. Gdybym czasu nie miał, to bym tylko szedł)
Wielkie zadowolenie, zwane przez niektórych szczęściem, przychodzi i odchodzi według swego widzimisię. Przywiązywanie się do niego, póki trwa, wiedzie tylko do rozczarowania, kiedy mija.
        Przecież wszystko mija, czyli nic nie trwa wiecznie.
Lubię Kraków.
Idzie się znajomą drogą do sukiennic i dorożek, w tej straszliwej i cudownej samotności, a wokół obcojęzyczny tłum.